tekst: Michał Fopp
NIE KARMIĆ ARTYSTÓW!

Oto zwierzę które je nie pracując na swoje utrzymanie, wszędzie znajduje schronienie i otaczane jest bezwarunkową miłością.[1]
Sposób w jaki artyści rozprawiają się ze zwierzętami mówi wiele o tym, jak widzą samych siebie – ich relacja do zwierząt przypomina właśnie tę między właścicielem a pupilem. Ten drugi pozwala na ujawnienie się cech charakteru lub sytuacji, które inaczej nigdy nie ujrzałyby światła dziennego. Można tym tłumaczyć ambiwalentny stosunek sztuki współczesnej do zwierząt domowych. W końcu maskotkom brak dzikiego seksapilu tygrysów Williama Blake’a, uroku dzikiej siły twórczej czy statusu samotnego outsidera. Nawet kiedy trafiają w obręb pola sztuki, multiplikacja możliwości i intensywność życia przedstawiają się jako codzienność i banał. Ambiwalencja w stosunku do domowych pupili może się brać także z faktu, że jakkolwiek artyści marzą o sztuce dzikiej i potężnej to zazwyczaj jest ona dość ostrożna, oswojona i udomowiona.

Każdy kto lubi psy bądź koty jest durniem.[2]
Dwa tandemy artystyczne Czekalska+Golec i Artur Malewski z Natalią Janus proponują odwrotną perspektywę. Zapraszają drobne czujące stworzenia jako aktorów i performerów, twórców i wytwórców dzieła sztuki. Walka między dwoma gatunkami zostaje nagle zawieszona. Poprzez instytucję sztuki majaczy na chwilę coś w rodzaju utopijnego państwa opiekuńczego, w którym bezlitosna walka o byt zamienia się we współudział w trans-osobowej pracy artystycznej. Przedstawicieli tych gatunków czeka na koniec coś w rodzaju emerytury twórczej. W obu pracach pojawia się pytanie o rolę twórcy i materii, a także relacji między pracą a poiesis. Artur Malewski i Natalia Janus zapraszają do współpracy mysz rodzicielkę, która całe swoje życie spędziła na zapleczu sklepu zoologicznego. Jej oseski pakowano od razu w worki próżniowe i zamrażano. Dla hodowców węży to najwygodniejsze rozwiązanie. Tandem zleca myszy wykonanie serii perforacji na płatkach wigilijnych, które będą eksponowane w przestrzeni galerii i staną się towarem. W zamian oferują dożywotnia emeryturę w ich domu. Jeden z jej projektów został potraktowany jako szablon i powtórzony w ściance dzielącej przestrzeń galeryjną.

Czemużby muchy miały być pozbawione sztuki?[3]
Czekalska+Golec lubią podważać mit autorski. Oddali już funkcje autora kołatkom (insektom od 300 lat pracującym w drewnie rzeźby przedstawiającej św. Franiciszka), a w Cysternie CSW kurowali trwającą wylinkę drobnych istot. „Nie ma miejsca bez życia” – przekonują. Nie kryją też, że sąd estetyczny przechodzi u nich w etyczny. Interesuje ich wydobywanie podziałów postrzegalnego – to co niewidoczne dla ludzi, widoczne jest często dla zwierząt. Chętnie zapraszają je do performanców w przestrzeniach galerii i nadają równoprawny status artystów (jak owcy Melani w Atlasie Sztuki, która traktowana była jak gwiazda filmowa). Podobnie w pracy STILL ALIVE ciężar pytania z „Co widać?” przesuwa się na to co widzą zaproszeni ze schroniska petformerzy? Obiekty sztuki? Pożywienie? Co sprawia, że drobne czujące istoty zaadoptowane ze schroniska wprawiają w działanie świetlne napisy “Still Alive”, “Life” i “Live”? Czekalska+Golec nie epatują ale mediują. Za pomocą delikatnego ascetycznego języka estetyzują kwestionowanie przemocy symbolicznej i wizualnej.

[1]Mark Dion, Leksykon Przydatnych Terminów, 1997.
[2] Gille Deleuze Felix Guattari, Mille Plateaux, Paris 1980, s. 294
[3] Robert Smithson, cytowany w Rosalind E. Krauss, Formless: A User’s Guide, NY 1997, s. 170.

RECENZJA STACHA SZABŁOWSKIEGO NA DWUTYGODNIK.COM