Wystawa „Wiosna” jest efektem serii następujących po sobie zdarzeń, niekiedy przypadkowych, trudnych do racjonalnego wytłumaczenia, często intrygujących, aż wreszcie smutnych. Zobaczony przez przypadek obraz Edwarda Narkiewicza stał się początkiem tej historii. Śmierć Wojciecha
Skrodzkiego, który miał napisać tekst do wystawy i być jej współkuratorem jest w niej nieprzewidzianym, tragicznym momentem.
Dla Wojciecha Skrodzkiego Narkiewicz był ważnym artystą, do którego prac nie raz wracał, natomiast w twórczości Alexa Urso i Grzegorza Kozery krytyk widział powrót młodej generacji do wątków i problemów, które go w sztuce bardzo interesowały.
Duchowa relacja człowieka wobec natury w wymiarze niemal spirytualistycznym pojawiająca się w pracach Narkiewicza, a w szczególności ich forma bezwstydnie „przedstawiająca”, hiperrealistyczna jest na tle najnowszej sztuki polskiej zjawiskiem niezwykłym. Tym bardziej
intrygują jego bliskie relacje osobiste z takimi osobami jak Henryk Stażewski, Edward Krasiński, Koji Kamoji, Mariusz Tchorek i jego wystawiennicza obecność na przestrzeni wielu lat w galerii Foksal.
Twórczość Grzegorza Kozery i Alexa Urso, u każdego w inny sposób, również otwiera się na figurację oraz symbolikę związaną z naturą, w której mocno wybrzmiewa przypisany jej niekończący się cykl życia i śmierci.
Edward Narkiewicz chciał żyć 100 lat, a potem powrócić z kosmosu na Ziemię.
Wojciech Skrodzki zmarł 8 marca 2016 roku.
W Warszawie zaczyna się wiosna…
Poniżej przedstawiamy fragmenty dwóch wcześniej niepublikowanych tekstów Wojciecha Skrodzkiego: o Edwardzie Narkiewiczu z 2012 roku i o pracach Alexa Urso i Grzegorza Kozery z 2015 roku.

“Mój bardzo dziwny przyjaciel Edward Narkiewicz”

Nieraz myślę, który z kilku moich przyjaciół artystów:
Jan Karwot, Henryk Błachnio czy Edzio
Narkiewicz był największym oryginałem. I chyba temu ostatniemu trzeba przypiąć pierwsze miejsce, głównie w zakresie konstruowania formy, ale i myślenia w ogóle.
Edzia Narkiewicza poznałem po jego pierwszej wystawie i artykule o nim, na tle wystawy oczywiście, napisanym przez Andrzeja Kostołowskiego. Wydrukowałem go w dwutygodniku „Współczesność”, w którym w okresie od października 1967 aż do końca tego pisma byłem – naprawdę bardzo samodzielnym – redaktorem działu plastycznego, (…)
Przypominam sobie niewielki, podłużny w formacie folder tamtej wystawy z reprodukcją obrazu Edzia „Spójrzmy na zegarki”. W folderze tym zamieszczona była na jedną stronę autobiografia Edzia, pomyślana z założenia jako fikcyjna. W jej zakończeniu było zdanie Edzia, że po stu latach wraca z Kosmosu na Ziemię i nie znajduje już nikogo znajomego wśród żyjących i jest mu „bardzo smutno”. Pamiętam, że Andrzej Kostołowski w swoim tekście przytoczył to zdanie, nadając mu szczególną wagę.
W tym też czasie odbyła się moja pierwsza wizyta u Edzia w Piasecznie. Mieszkał wówczas wraz z żoną (i chyba już synem) w samodzielnie stojącym, parterowym, bezkształtnym pawilonie w parku pałacowym. Odniosłem wrażenie, że jeden z trzech pokoi był dobudowany do pozostałych i Edzio zwracał moją uwagę na fakt, że ogromne deski tej wypastowanej podłogi pokoju położone były bezpośrednio na ziemi. Wszędzie, a zwłaszcza w tym pokoju, panowało straszliwe zimno i wilgoć. W tym to właśnie, dobudowanym pokoju, stała przeraźliwa w swym działaniu praca Edzia, bardzo wczesna bodaj, która niestety nie zaistniała w tym, co o Edziu napisano. Była to stojąca na około 80 centymetrowym słupie metalowym jak gdyby głowa, czy może raczej czaszka w postaci srebrnej kuli o ok. 50 cm średnicy. Srebro to ugniecione było ze staniolu w taki sposób, że zapadały się płynnie w głąb swej kuli dwa wklęśnięcia, głębokie i jakby dające cień, budzące skojarzenia z oczodołami.
Innych artykulacji owej kuli chyba nie było. Efekt całości silnie wzmocniony był faktem, iż kula ta pokryta była jak gdyby „sierścią”, utworzoną z blisko siebie umieszczonych, długich szpilek, „wyrastających” z tej głowy – kuli. Do dziś nie mogę zapomnieć efektu tego najbardziej niezwykłego dzieła. Potem już owej kompozycji w nowym mieszkaniu Edzia nie widziałem, i jakoś nie pytałem o nią. A szkoda, bo dzieło należało chyba do największych.
(…)
Edzio zaprojektował też ilustrację do katalogu mojej wystawy w Galerii Krytyków (obecnie „Pokaz”), nazywanej przez mnie „erotyczną”, zatytułowanej „Hommage Andrzejowi Matyni” (maj 1978 r.). Był to, dość schematycznie narysowany czy namalowany mój portret z ogromnym, ciężkim nosem, z którego ścieka kropla.
Edzio, przynajmniej na początku swej działalności, żył z robienia ilustracji dla jakichś wydawnictw przyrodniczo – leśnych (tzw. atlas „żuczków”) i osiągnął w tym niezwykłą doskonałość, co miało wpływ na jego późniejsze malarstwo. Jedną pracę zachwalał: „Wojciechu, to jest sodomia. Te żuczki nie są tego samego rodzaju”.
Znajomość z Edziem zerwałem w stanie wojennym, w ’83 roku, z powodu moich różnych urazów.

Wojciech Skrodzki
20.07.2012

Ku Figuracji / Alla Figura

Wydawać się może dziwnym, że dziś, gdy niezliczona ilość działań neoawangardy, głównie konstrukytywnokreatorskiej, zdefiniowała oblicze sztuki, zwrot ku naturze może być jeszcze źródłem
nowych inspiracji dla młodych artystów. A jednak zaczynamy spotykać się z poszukiwaniami nowych inspiracji właśnie w kontakcie wizualnym z naturą i ludzką postacią.
Nie jest to jednak prosty zwrot ku figuratywności. Ta nowa jakość owego zwrotu, podjętego przez dwu prezentowanych tu artystów polega na podjęciu gry z samą ideą figuratywności, gry rozgrywanej przez każdego z nich w całkiem odmienny sposób.
Kolaze i asamblaże Alexa Urso ukazują precyzyjnie oddany fragment świata natury. natomiast w pracach Grzegorza Kozery istotne jest poszukiwanie kontaktu z ludzką obecnością.
Odniesienie do natury jest u Alexa Urso bardzo wielowarstwowe. Zainteresowany krytyką produktów wizualnych artysta realizuje prace, w których fikcja i realność współżyją, zmieniając miejsce, wprowadzając nieporozumienie i nierozwiązany kontakt między światem iluzji i sfery realnej. (…)
Poprzez swoje trójwymiarowe prace Urso kwestionuje płaski i statyczny obraz, zawieszony na ścianie i uświęcony. Tworzy asamblaże, które wymagają reakcji od obserwatora, zaangażowanego w odbiorze prac, zmuszonego do obserwowania, wejścia do środka dzieła W ten sposób box zastępuje ramy obrazu, staje się pięknem, które krytykuje, obrazem, który sam się podważa, prowadząc wszystko w kierunku niezwykle osobistej i parodystycznej rewizji kiczu.
Twórczość Grzegorza Kozery skoncentrowana jest z jednej strony na sobie samym, na przeżywaniu zdarzeń mijającego czasu, notowanego kolejnymi kolażami (…), z drugiej na fascynacji oglądem innego człowieka, przeżywaniem jego obecności jak gdyby był tuż obok. Jeśli już Grzegorz Kozera szuka inspiracji w przeszłości to nie jest to bynajmniej tradycja figuratywna, lecz dadaizm, którego rodzaj myślenia wyraża się szczególnie w małych kolażach.
Obydwaj artyści są sobie bliscy pasją zaangażowania w sprawy sztuki i jak się okazuje wciąż możliwego poszerzania jej pola.

Wojciech Skrodzki
2015