Przewrotność malarstwa Łukasz Korolkiewicza dociera do widza w pełni w momencie, w którym uświadamiamy sobie, czyim spojrzeniem się posługujemy, kiedy patrzymy na te cieszące oko i niepokojące ducha pięknie namalowane, dwuznaczne obrazy. Oglądamy malarza, który czasem zachwyca się popołudniowym słońcem, ale jeszcze częściej obnaża się, maskuje swoje oblicze i jednocześnie usiłuje sam siebie zdemaskować. Podglądamy go, kiedy on sam podgląda (innych, ale również siebie). Obserwujemy go, kiedy stąpa po najbardziej grząskim z gruntów, rzucając cień na niewinność ucieleśnioną przez figury dorastających dziewczynek (i lalek). Przewrotność polega na tym, że nawet wtedy (a właściwie wtedy szczególnie), kiedy wydaje nam się, że przyłapaliśmy artystę na ryzykownych dialogach z własnym cieniem, instynktami czy pożądaniami, to przecież nie przestajemy patrzeć jego oczami. Oto ostateczna podwójność, która ustanawia intrygującą dwuznaczność tego malarstwa.
Artysta (jego zachwyty, nagłe intensywne doświadczenie przemijania, wgląd w mrok, który nosi w sobie) to zarazem podmiot i przedmiot poznania – znajduje się jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz tego zbudowanego ze spojrzeń, niemego dyskursu. Jest sobą i kimś zupełnie Innym (a więc również jednym z nas, widzem, któremu malarz pokazuje obraz). Malarstwo okazuje się koniecznym, być może nawet jedynym możliwym medium umożliwiającym przyjrzenie się owemu Innemu, którego tożsamość to klucz do egzystencjalnej zagadki, postawionej zarówno przed malarzem, jak i przed odbiorcą.
 
Stach Szabłowski, W ciszy, czyli malarskie inscenizacje niepokoju (fragment)
 
☞ Pełny tekst