Maksymalizacja barwy – oto temat, w zgłębianiu którego Leon Tarasewicz dotarł dalej niż jakikolwiek artysta malujący współcześnie w Polsce. Zarazem jest to zagadnienie, którego nie da się wyczerpać, tak jak nie da się dojść do miejsca, w którym kończy się krajobraz i zobaczyć całego wypełniającego go światła.Świadomość kryzysu klimatycznego zmusza dziś postprzemysłowe społeczeństwa do otwarcia oczu na naturę i do rewizji spojrzenia na miejsce, które w jej perspektywie zajmuje człowiek. Leon Tarasewicz relację z naturą postrzegał jako fundament kultury od dekad, od początku swojej drogi twórczej. Ta relacja jest również fundamentem jego malarstwa. To obrazowanie wolne od figuracji i przekraczające kategorię abstrakcji. Każdy z obrazów Tarasewicza – niezależnie czy jest to obraz sztalugowy, czy jedna z imersyjnych, przestrzennych instalacji malarskich tworzonych przez artystę – oparty jest na tym, co zostało zobaczone. Żaden niczego nie przedstawia. W tym malarstwie powierzchnia obrazu jest przestrzenią, rytm jest strukturą dla koloru, kolor jest zaś owocem spotkania materii i światła. Kompozycje prac Tarasewicza są otwarte, bo świata nie da się zamknąć w kadrze; zanurzamy się zawsze w jego fragmentach.

Nie inaczej jest z najnowszymi obrazami, w których Tarasewicz pracuje z kategorią jaskrawości. Czy w pracach tych, jak sugeruje artysta, odbijają się wizualnym echem pola tulipanów, na które patrzył w Holandii? A może chodzi o kwiaty, które rosną w Waliłach, wsi na Podlasiu, którą Tarasewicz uczynił centrum swojego uniwersum? W gruncie rzeczy nie jest to ważne. Artysta nie zajmował się nigdy pokazywaniem miejsc, lecz tematyzowaniem doświadczenia człowieka przeżywającego kolor w przestrzeni. Obrazowanie kolorów, których intensywność oraz relacje z innymi barwami wchodzą na poziom jaskrawości, należy do najbardziej ryzykownych wyzwań, jakie artysta może rzucić malarstwu. To zarazem ryzyko warte podjęcia; stawką w grze z jaskrawością jest doświadczenie koloru, które wchodzi w rejestry euforyczne.